Tajnos Agentos

Trzeba na Stelli nie raz udawać agenta specjalnego. Kombinować między rodziną, podopiecznym i nami, czyli opiekunami. Często jest tak, że my mamy swoją politykę opieki w Niemczech, a różnica jest między nami i rodziną. Sami przecież nic nie robią przy chorym, nas zatrudniają i potem wymogi, bo płacą. Jest niby OK., ale nadużycia w pewnym momencie dają o sobie znać i my dostajemy w kość. A tak chyba nie powinno być. Pewnie wtedy robimy swoje dla podopiecznego i sami potem próbujemy koło siebie cokolwiek zrobić, zadbać o siebie i nie pracować po 14 godz/dobę. Układ z rodziną jest jasny: chory ma opiekę, my także mamy trochę czasu dla siebie.

Dzień Murarza

Jest taki 1 dzień w roku, gdzie „walimy tynki”. Czyli w sumie mówiąc Walentynki, dzień zakochanych. Pełno jest wtedy czerwieni, serc i kwiatów. Kto pamięta, ten wie. Będąc opiekunką nie mamy na co liczyć, ale zawsze jest ta nadzieja. O, dziwo, czasami podopieczny mężczyzna wręcza nam kwiatek i to jest naprawdę bardzo przyjemne. Kiedyś tak mi się zdarzyło, bo widocznie mnie bardzo lubił i chciał zrobić mi niespodziankę. Po śniadaniu dostąpiłam tego zaszczytu i powiem szczerze, że dzień był naprawdę piękny. Oczywiście musiałam upiec ciasto i było bardzo miło. Co prawda żona musiała kupić wsio, ale ciasto przebiło wszystko. Nie ma to jak wesoło.

Opieka w Niemczech

Bez względu na to, czy wyjeżdżając do opieki nad ludźmi starszymi, czy dziećmi w Niemczech, to i tak musimy się przygotować i z językiem obcym i z obowiązkami, które będziemy musieli wykonywać. Chyba zasada numer1, to przygotowanie się jak harcerz, albo człowiek z survivalu. Nie wiemy, co nas czeka, czy co nas spotka. Dlatego należy zabierać ze sobą niezbędne rzeczy i wyposażenie potrzebne na wszelki wypadek do teczki podręcznej. Walizka jest do pakowania rzeczy zaś teczka, czy torba, by mieć rzeczy potrzebne w pierwszej chwili. Wiadomo, że tam zawsze jest woda w podróży, kanapka, chusteczki, słodycze, czy soczek. Czyli survival…

Praca w Niemczech

Różne są prace i ludzie, którzy są zainteresowani pracą za granicą. Nie ważne, czy to zbieranie truskawek, winogron, czy praca w ogrodzie, albo jako opiekun ludzi starszych i dzieci. Czasami też zdarzy się, że początkowo mamy jakąś dorywczą, gdzie potem otrzymujemy umowę o pracę i wtedy mamy okazję pracować też legalnie, a firma nam płaci normalną pensję, ubezpieczenie i potem możliwość renty, czy nawet emerytury z innego kraju. I później wracając do kraju na stare lata mamy zupełnie inne pieniążki na starość. Tak czy owak warto w siebie zainwestować i kuć żelazo, póki gorące. W zależności od tego, jaką pracę wybierzemy zawsze warto myśleć na zapas.

Niemcy i my

Różnica między Niemcami a Polakami jest czasami albo problemem, albo jest super. Zależy chyba jak trafimy na człowieka. Będąc opiekunką spotykam różnych ludzi i jedni chcą się tylko dowiedzieć kim jesteś, drudzy pomagają, bo z Polski, a jeszcze inni są tak obojętni i mają nas serdecznie we włochatej trąbie. No przecież nikomu krzywdy nie robimy, a patrzą na nas opiekunów, jak byśmy ich okradali. No kurcze! My się nimi opiekujemy, a oni czasami dają nam popalić poniżając nas na każdym kroku. To niestety nie jest uczciwe. Możemy donieść na policję, że mamy problem i co z tym zrobić, ale jak zawsze zachowujemy spokój i nie robimy problemów.

Opieka i ślub

Mamy przy wyruszaniu do opieki w Niemczech możliwość spotkania kogoś, kto nas ujmie swoją osobą i będziemy chcieli wziąć ślub. Zdarzyło mi się także, że moja przyjaciółka poznała pewnego człowieczka, Niemca i im się zachciało ślubować. Na początku śmiałyśmy się obie, czy to ma sens? W końcu okazało się, że to prawda i że będzie to w naszej miejscowości w Polsce. Tak, że ślub cywilny był u nas, ale kościelny już w Niemczech. I jakoś tak wyszło, że wkrótce narodziła się pierwsza córka, a ja byłam pierwsza kiedy był zrobiony test na ciążę. Kibicowałam ile można było. Po latach rozmawiałam z nią, tak przy kawie i jej o tym opowiadałam. Była zaskoczona. I tak się pracuje na różnych polach działania.

Wieś

Wakacje dla dzieci, to fajna rzecz i dobrze, że na wsi. Mamy nas posyłały na tydzień i człowiek, jako dziecko się uczył wstawać rano i działać, jak domownicy opiekujący się dobytkiem i zwierzakami do wychowu. Ja np. opiekowałam się królikami, które miał dziadek i sprawiało mi to dziką frajdę. Donoszona koniczyna z łąki w koszyczku lub marchewka od sąsiada sprawiały, że zwierzaki rosły jak na drożdżach, a potem po uboju sąsiedzi dostawali zwierzaka w podzięce za pomoc w hodowli. Babcia przygotowywała wtedy takiego królika dla całej rodziny i osób zaproszonych. Było to naprawdę wielkie święto w środku tygodnia. Tego już chyba nie ma, ale wspomnienia zostają.

Galareta

Jak się jedzie na Stellę pierwszy raz, to człowiek faktycznie trzęsie się jak galareta i ciągle zastanawia się jak to będzie, czy ludzie na miejscu będą dla nas łaskawi i przychylni i czy nam pomogą pracować jak wymagają? I tutaj jest problem, bo mamy pracować jako opiekunki, ale musimy poznać realia życia na miejscu i sposobu życia. Trzeba także poznać styl życia podopiecznych na miejscu. Nie wiemy przecież, co zastaniemy, jakich poznamy sąsiadów, gdzie można zrobić zakupy do domu i inne rzeczy? Zawsze jest ogromny dla nas problem na „dzień dobry”. Nikt niestety nas się nie pyta, czy czujemy się dobrze i czy damy radę w pracy? No tak jest….

Żarówa

Świecić zawsze można, chociaż lepiej by było pozytywnie. I tak w zasadzie chyba jest  najlepiej. Zawsze mnie śmieszy jedno, jak widzę żarówki OSRAM. To chyba idealna opieka dla much i innych stworzeń, łącznie z kurzem. Osrane to wtedy jest dokładnie i musimy zadbać o czystość. Oczywiście czyścimy i potem jest i światłość i żarówa czysta. W sumie to chyba my mamy w życiu świecić jak właśnie te żarówy. Powinniśmy zawsze być człowiekiem „świecącym” uczciwością, dobrym słowem dla innych i swoją postawą. Jakoś zdarza nam się, że jesteśmy zmęczeni i rozkojarzeni, ale kiedy się kogoś spotka, to zaraz jakoś nam się udziela i zapala się lampka w głowie i robimy, co należy.

Podryw

Jest czasami taki dzień, kiedy ktoś ci włazi na „gadulca” i truje cztery litery. Warto w tym momencie ot tak sobie kulturalnie zakończyć sprawę. Tutaj człowiek pracuje, a ktoś tyłek truje. No można się tylko pociąć i pochlastać. Nie dość, że jakoś mamy dostęp do neta, to jeszcze komunikując się z rodziną, ktoś nam zawraca głowę i zaraz komp leci wolniej. Są to chyba jakieś loty, ale wiadomo, że chcemy być z bliskimi, jak pracujemy w Niemczech, a tu komuś się wydaje, że chce dupsko truć dla hecy. Nie podoba mi się to, ale z klasą odmawiam komunikacji. Po pierwsze: po co mi to? Po drugie: Na podryw to już wiekowo się nie chce. Ale młodzi widocznie jeszcze nie myślą jak na wiek 34 lat. My mamy opiekę i nie w głowie nam takie podchody.